Bałtyk - Bieszczady Tour. 1008 km non stop. Rowerem.

Towarzystwo Rowerowe Strada, to nie tylko wypady turystyczne. Czasem jeździmy trochę ostrzej. Marek Miłoszewski ukończył niedawno ultramaraton Bałtyk - Bieszczady Tour, ze Świnoujścia do Ustrzyk Górnych. Przejechanie 1008 km zajęło 54 godziny.

Poniżej relacja.


 

Relacje z takich wyścigów często zaczynają się od "marzyłem o tym od wielu lat”. U mnie był tak samo. O ultra maratonie Bałtyk- Bieszczady Tour (wtedy jeszcze Imagis Tour) usłyszałem bardzo dawno i wydał mi się kompletną abstrakcją. 1000 km na rowerze na raz? Kilkadziesiąt godzin jazdy bez spania?

Lata mijały. Poznałem osobiście kilka osób, które przejechały BBTour. W stajni pojawiła się szosówka. I oswoiłem się z myślą, że to nie jest niemożliwe. Na początek trzeba było przekonać żonę, która w kilku ciepłych słowach przekazała mi, że jestem szurnięty, i że się nie zgadza. Ponieważ bylem mocno uparty, Gośka uczepiła się ostatniej deski ratunku - kwalifikacje.

Żeby wystartować w BBTour, trzeba wcześniej ukończyć jakiś krótszy ultramaraton. Zwykle 400-600 km, częściowo przejechane w nocy. Pierwsza poważna próba nastąpiła w 2012 roku. Pojechałem na kwalifikacje do Świnoujścia. 400 km w limicie 24 godzin, 5 pętli po 80km. Nic takiego. Ale poległem. Jechaliśmy w grupie i strasznie denerwowały mnie zbyt długie przerwy po każdej pętli. Za nic miałem rady doświadczonych kolegów, żeby jechać spokojnie w grupie i po drugiej przerwie pojechałem dalej sam. Niestety dużo za szybko. Lewe kolano poinformowało mnie o tym na 300. kilometrze tak dosadnie, że na metę dotarłem samochodem organizatora. Żona odetchnęła – bez kwalifikacji nie ma BBTouru. A ja stwierdziłem, że musze jeszcze dorosnąć do długich dystansów.

Kolejna edycja to rok 2014. Tym razem pojechałem na Maraton Podróżnika - kwalifikacje organizowane przez znajomych z forum podrozerowerowe.info. Uzbrojony w doświadczenia sprzed dwóch lat i wyjeżdżone w tym czasie kilometry bez problemu przejechałem 500 km w 24 godziny (limit wynosił 27). Teraz już nie byli odwrotu – startuję w BBTour.

Dzień przed

Na start do Świnoujścia jadę z całą rodziną. Spędzą weekend nad morzem i odprowadzą samochód do domu. Pierwsza przeszkoda to prom przez Świnę. Kolejka zapowiada się na 2 godziny. Zostawiam Gośce kluczyki, ściągam rower z dachu i mijam kolejkę. Mina kierowcy za nami – bezcenna. Zanim moi dojadą samochodem, melduję nas w hotelu, odbieram pakiet startowy i przymierzam strój kolarski, który jest nagrodą za ukończenie maratonu. Trochę to bezczelne już teraz wybierać rozmiar (w końcu nie wiadomo, czy dojadę), ale organizator każe, to uczestnik grzecznie przymierza.

Idziemy na obiad i nad morze. Jakoś mi się nie chce, chyba zaczynam się stresować startem. Już po maratonie dowiem się, że tego dnia byłem mało przyjemny w kontaktach z najbliższymi. Zostawiam więc rodzinę na plaży i kręcę się po Świnoujściu. Z przerażeniem zauważam, że mam zbyt mocno skręcone stery. Kilka razy wszystko sprawdzałem, a tu taka niespodzianka. Na ulicy spotykam Daniela (4gotten), który ratuje mnie kluczem (moje są w hotelu). Poprawiam stery. Uff.

Potem jeszcze odprawa techniczna, pamiątkowe zdjęcie uczestników z forum podrozerowerowe.info i kolejne sprawdzenie, czy wszystko jest przygotowane. Rzeczy miałem od dawna podzielone na kilka paczek: ubrania i sprzęt, który zabieram na siebie; rzeczy do przepaku (będą dostępne na 300. i 700. km) oraz to co jedzie od razu na metę. Dzieciom zapowiedziałem, że za ruszenie czegokolwiek będą straszne kary :-)

Mimo wszystkich przygotowań i lekkiego stresu zasypiam bez problemów. To był jeden z najważniejszych punktów przygotowań w tygodniu przed maratonem. Porządnie spać przez ostatnich kilka dni, żeby na starcie nie mieć zaległości. Teraz tez przesypiam prawie 8 godzin. Mimo to budzę się mocnym bólem głowy. Czyżby jednak stres przedstartowy?

Świnoujście 0 km, sob 09:10

Stres przygotowań, napięcie - mijają, teraz trzeba już tylko jechać. Wreszcie wszystko jest proste. Jeśli czegoś zapomniałem, jeśli za mało trenowałem, jeśli cokolwiek, to … teraz nie ma już znaczenia.

Ruszam w grupie z Agnieszką (Eranis), Olkiem (Olo), Arkiem (Wąski) i dwoma innymi osobami. Agnieszka po starcie czeka na Janka (Djtronika), który startuje w następnej grupie i zobaczę ich dopiero na mecie. Ruszamy spokojnym tempem, pamiętając, że przed nami sporo kręcenia i nie można przegiąć na początku. Mimo to tempo niezłe, bo wieje nam w plecy.

Wąski odbiera telefon i dowiaduje się, że nie działa jego monitoring. Zatrzymujemy się i sprawdzamy połączenie urządzenia z baterią. Nic nie pomaga, fani Wąskiego, do końca maratonu, nie wiedzą gdzie jest ich zawodnik :-)

Dwójka, która z nami startowała wyrwała ostro do przodu. Jakąż dziką radość sprawił nam widok podnoszących się szlabanów mostu zwodzonego w Wolinie i tej dwójki, która czekała na opuszczenie mostu. My dojeżdżamy akurat, żeby minąć stojące jeszcze samochody. „Bo trzeba jechać głową, a nie nogami”, „Myśleć trzeba, a nie tak, na hura do przodu”, to najłagodniejsze czym (z bezpiecznej odległości) obdarzamy parę przed nami.

Płoty 76 km, sob 11:58 (od startu: 02:48)

Na pierwszy punkt kontrolny w Płotach wpadamy w szampańskich humorach. Potwierdzają się opowieści, że duet Wąski – Olo jest gwarantem świetnej atmosfery w drodze. Punkt w Płotach idealnie dopasowany do miejsca na trasie. Woda i drożdżówki, to wszystko co teraz potrzebujemy.

Ruszamy z Piotrkiem (Włóczykij), który po ostrym starcie (odrobił do nas 20 minut) teraz zostaje i jedzie naszym tempem. No, może trochę szybciej, bo co jakiś czas urywamy Olo i Wąskiego.

Drawsko Pomorskie 130 km, sob 14:11 (od startu: 05:01)

Po świetnej załodze punktu w Płotach, w Drawsku wita nas chłodna atmosfera i mało przyjemna obsługa. To chyba efekt kiepskiego zaopatrzenia punktu. Skończyła się herbata, wody też mało, a za nami jeszcze sporo zawodników. Nic dziwnego, że panuje nerwowa atmosfera. Siadamy tu na chwilę.

Z Drawska ruszamy już tylko z Włóczykijem. Nie jest już tak płasko jak na początku, można trochę poszaleć na podjazdach. Jedzie nam się świetnie, bo idealnie dopasowaliśmy się prędkością. Kiedy w Kaliszu Pomorski wjeżdżamy na DK10 i skręcamy na wschód, jest jeszcze lepiej – znowu z wiatrem.

W Wałczu płacę za złośliwości w Wolinie. Tym razem ja (a ze mną Włóczykij) stoję przed opuszczonymi szlabanami przejazdu kolejowego. Dojeżdża do nas trzech zawodników z Trzebnickiego Klubu Kolarskiego. Chwilę się z nimi tasujemy, ale ostatecznie zostaniemy razem na ponad dobę.

Przed Piłą zaczyna się mokry asfalt. Na przedzie widać ciemną chmurę, ale mocny zachodni wiatr pcha ją cięgle przed nami. Już na mecie dowiemy się, że zawodnicy, którzy byli tu godzinę przed nami, jechali 12 godzin w deszczu. Nas to omija i poza wodą spod kół mamy sucho. Na razie :-)

Gdyby po 200 km był koniec, czułbym się na pewno mocno zmęczony. Bo wiedziałbym, że to koniec. Dziś 200 km, to dopiero 1/5 trasy. Głowa, odpowiednio nastawiona, nie dopuszcza jeszcze sygnałów o zmęczeniu.

Piła 227 km, sob 18:20 (od startu: 09:10)

Nie zwykłem marudzić na organizację jakichkolwiek zawodów, w których startuję. Sam robię co roku wyścig dla dzieci i wiem ile to pracy i jak łatwo o małe niedociągnięcie, które w oczach zawodnika jest katastrofą. Ale Piła to drugi punkt z rzędu, na którym brakuje wody!

Cały czas z wiatrem jedziemy w stronę Bydgoszczy. Mimo, że to krajowa dziesiątka to ruch mały i samochody nie przeszkadzają. Z resztą na całej trasie maratonu czułem się bardzo bezpiecznie. Pewnie dlatego, że na co dzień nie unikam głównych dróg i nie boję się jeździć z tirami :-)

Pęka szprycha z tyłu. Nowe koło, przejechałem na nim dopiero 5,5 tys km, a to już trzecia pęknięta. Pocieszam się, że na każdym dużym punkcie kontrolnym (DPK) ma być mechanik. Mam wprawdzie zapasowe szprychy, ale potrzebny jest klucz, żeby odkręcić kasetę. Na razie luzuję hamulec, żeby nie tarł o bijące koło.

Kruszyn 306 km, sob 21:47 (od startu: 12:37)

Do pierwszego DPK dojeżdżamy już po ciemku. Tu po raz pierwszy jest możliwość skorzystania z prysznica i przespania się. Jest obiad (rosół, schabowy, ziemniaki). Mamy też dostęp do przepaku.

Niestety nie ma mechanika, a ani nikogo, kto miałby klucz do kasety. To mnie zaczyna poważnie martwić. Po pierwszej za chwile będą pękać kolejne szprychy. Zwłaszcza, że w nocy znacznie łatwiej wpaść w dziurę. A przede nami jeszcze ponad 700 km.

Od początku założyłem, że pierwszej nocy nie śpię. Dlatego jemy, zakładam ciepłą koszulkę, po raz pierwszy smaruję kark Voltarenem (profilaktycznie, jeszcze nie boli), czekamy chwilę na chłopaków z Trzebnicy i jedziemy dalej. Wydawało się, że siedzieliśmy tylko chwilę, ale kiedy wracam do roweru licznik pokazuje, że spędziliśmy na punkcie aż godzinę. Trochę za długo.

Toruń 370 km, nie 01:17 (od startu: 16:07)

Punkt zorganizowany w ostatniej chwili (Olo, dziękujemy). A mimo to świetnie przygotowany. O tej porze najważniejsze jest ciepłe picie – herbaty jest ile dusza zapragnie. Gospodarz chodzi za każdym zawodnikiem i dopytuje, co podać.

Na punkcie spotykamy sędziego i lekarza wyścigu. Lekarz pyta, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. Cierpliwie, kilka razy, tłumaczy „co wziąć”, jeśli gdzieś zaczyna boleć. Sędzia dyskretnie sprawdza, czy wszyscy mamy oświetlenie na rowerach.

Dalej w piątkę z Włóczykijem i chłopakami z Trzebnicy ruszamy w noc. Szybko mijamy Toruń, ale potem stajemy, bo mimo nawigacji mamy wątpliwości, którą drogę wybrać, żeby nie wjechać na ekspresówkę. Na szczęście dojeżdża do nas Czarek ze Świnoujścia, który nawet nie zwalniając woła „no, tędy panowie, za mną”.

Mimo nocy sprawnie lecimy drogami alternatywnymi . Na tym odcinku kilka razu męczy mnie senność. Rozmowa, trochę śmiechów, wyjście na czoło grupy pomagają, ale zaczynam się zastanawiać, czy na pewno dam radę drugą noc, skoro już teraz mam problemy.

Włocławek 426 km, nie 04:07 (od startu: 18:57)

Przed maratonem słyszałem, że to zawsze najlepszy punkt. Rzeczywiście, od razu ktoś bierze od nas rowery, ktoś inny dba o pieczątki, kolejna osoba prowadzi nas do namiotu, gdzie czeka świetne jedzenie. Widać, że przyjmują nas ludzie, którzy sami jeżdżą i wiedzą, czego potrzebuje zawodnik.

Pytam o klucz do kasety. Moje koło coraz bardziej mnie niepokoi. Niestety klucza nie ma. Chłopaki z punktu bez skutku przeszukują swoje torby z narzędziami. Godzę się z myślą, że muszę do końca dokulać się na bijącym kole. To już tylko 580 km :-)

Nad ranem robi się zimno. Dokładam koszulkę z windstoperem. W odwodzie mam jeszcze długie spodnie i bluzę – druga noc ma być chłodniejsza.

Po drodze do Gąbina gdzieś znikają nam koledzy z Trzebnicy. Potem dowiemy się, że dopadła ich nagle senność i zatrzymali się na przystanku. Do punktu jedziemy sami z Włóczykijem.

Gąbin 486 km, nie 07:20 (od startu: 22:10)

W Gąbinie punkt przygotowany przez OSP. Są dwa namioty z łóżkami (jeden ogrzewany), jest herbata i sporo jedzenia.

Kiedy spokojnie zajadamy drożdżówki, drogą przejeżdża zawodnik, który tylko pozdrawia strażaków i jedzie dalej. Ktoś woła za nim, żeby tu jest punkt i, że musi podbić książeczkę maratonu. Ale strażacy odpowiadają, że tamten był tu już wcześniej, a teraz wrócił od mechanika rowerowego, bo wymieniał szprychę. Podrywam się jak oparzony. Mechanik rowerowy? W niedzielę o 7 rano? Skąd oni go wzięli?

Włóczykij kładzie się spać. Jeden z druhów prowadzi mnie do warsztatu, ale zostaje na rogu ulicy. „Wiem pan, nie wiem jak on zareaguje, kiedy obudzimy go znowu”. No nic, idę – jeśli jest szansa na naprawę koła, to musze spróbować. Na warsztacie informacja, żeby dzwonić, jeśli zamknięty. Z okna na piętrze wychyla się pan, który wyraźnie właśnie kładł się ponownie spać. Na moją nieśmiałą prośbę o wymianę szprychy natychmiast schodzi na dół, otwiera zakład i zabiera się za koło. Wymienia szprychę, centruje, rozmawiamy o wyścigu, dopytuje jak się czuję i czy, poza szprychą, jest coś jeszcze do zrobienia przy rowerze. A na koniec … nie chce pieniędzy. Oburzam się. Wyrwałem go z łóżka w niedzielę rano, a teraz nie chce zapłaty za swoją pracę? Z uśmiechem odpowiada: „Dla mnie to przyjemność pomóc wam w tym wyścigu”. Nie ma nic lepszego na zmęczenie jazdą od spotkania kogoś tak dobrego. Serdecznie dziękuję i pędzę z powrotem na punkt.

Mam znowu sprawny rower! Chcę żeby wszyscy cieszyli się ze mną :-) Radosnym „jedziemy” wyciągam z namiotu zaspanego Włóczykija, który wygląda na trochę zdziwionego moim podnieceniem. Popędzam, bo naprawa zajęła całą godzinę. W międzyczasie dojechała do nas trzebnicka trójka i znowu jedziemy razem. Po drodze trochę pada, ale to nie ważne. Nie muszę już martwić się o rower!

Za Gąbinem mija pierwsza doba. Przejechałem 503 km. Zważywszy zbyt długie postoje i naprawę, to niezły wynik. Z resztą, tak czy inaczej, chciałem jechać tempem podobnym do Maratonu Podróżnika, po którym (517 km w 24 godziny), czułem się świetnie i wiedziałem, że tak jadąc mam szansę ukończyć BBTour.

Żyrardów 558 km, nie 11:22 (od startu: 26:20)

W Żyrardowie znowu super obsługa. Młodzi ludzie na punkcie dogadzają nam jak mogą. Uprzedzają, żebyśmy dobrze zjedli, bo następny punkt może być słaby. BBtour pierwszy raz staje w Białobrzegach i może być tam mało jedzenia.

Od rana cały czas kropi. W Goszczynie dopada nas większa ulewa. Ponieważ mocno wieje, mamy nadzieję, że szybko przejdzie. Siadamy na przystanku, żeby przeczekać. Opieram głowę o ścianę i natychmiast zasypiam. Budzę się po 15 minutach i czuję, że taka krótka drzemka to był świetny pomysł. Deszcz jakoś nie chce się skończyć, więc nie ma co marnować czasu. Ruszamy dalej. Ten kwadrans to będzie mój jedyny sen w czasie maratonu.

Białobrzegi 648, nie 15:44 (od startu: 30:34)

Punkt rzeczywiście słaby. Wciśnięty w korytarzu Urzędu Miasta. Tylko jedna drożdżówka i za mało wody. Na szczęście nie mam oporów przed kranówką, więc napełniam bidony w toalecie. Przed urzędem scena, z której ryczy próba wieczornego koncertu.

Bez żalu opuszczamy Białobrzegi i jedziemy dalej. Cały czas pada.

Czuję się coraz bardziej zmęczony jazdą w grupie. Przyzwyczajony jestem do jazdy solo, na co dzień tak właśnie jeżdżę. Nie muszę wtedy z nikim uzgadniać kiedy robię postój i jakim tempem jadę. Prawda, z grupą jedzie się zauważalnie szybciej, a po zejściu ze zmiany można odpocząć. Ale z drugiej strony, na każdym postoju tracimy kilka minut, bo ktoś inny (także ja) akurat potrzebuje więcej czasu. Nie mamy „szeryfa”, który trzymałby dyscyplinę. W dodatku jeden z kolegów z Trzebnicy zupełnie nie potrafi jechać w grupie. Kiedy wychodzi na zmianę, zamiast trzymać to samo równe tempo, przyspiesza i ucieka do przodu. W efekcie nic nie daje pozostałym. Kiedy schodzi do tyłu, drugi także schodzi, bo przecież to on prowadził grupę.

Postanawiam, że za Iłżą pojadę sam.

Iłża 696 km, nie 19:30 (od startu: 34:20)

Drugi DPK. Cała moja grupa chce się tu zatrzymać na spanie. Korzystam z okazji i, w miarę delikatnie, mówię chłopakom, że dalej chcę jechać sam. Próbują mnie namówić na postój, ale upieram się przy swoim.
W zajeździe Moya jem pyszny rosół i kotlet. Niestety towarzyszą im ziemniaki, które zapewnią mi ból na najbliższe kilka dni. Są niedogotowane i bardzo twarde. Chyba zbyt łapczywie się na nie rzucam (szybko, trzeba jechać dalej) i pierwszym ranię przełyk. Do końca maratonu każde jedzenie będzie się kończyło łzami z bólu.

Smaruję łańcuch. 700 km, w tym ostatnia setka w mocnym deszczu – łańcuch wymaga już konserwacji. Wymieniam baterie w lampkach. Przebieram się też w suche ciuchy (mamy tu dostęp do przepaku). Na suche skarpetki zakładam reklamówki i dopiero na to przemoczone buty. Ciepłe rękawice rowerowe można wyciskać, więc na stacji benzynowej kupuję zwykłe robocze (5 zł), na nie zakładam foliowe rękawiczki do tankowania paliwa (0 zł). Prawie windstopper :-)

Do następnego punktu ponad 100 km. Dla mnie to najcięższy etap. Nie mogę utrzymać stałej prędkości. Przez jakiś czas jadę normalnie, potem przychodzi dół i nie mogę się rozkręcić. Po chwili mija i znowu jadę szybciej. I tak w kółko. Nie chce mi się spać, po prostu wyczerpanie daje znać o sobie. Męczę się okrutnie.

Żołądek, non stop napychany, zaczyna się buntować. Przez kilka godzin mam straszną zgagę. Nawet łyk wody kończy się bolesnym pieczeniem. Próbuję różnych sposobów: cola, tabletki. Na chwilę pomaga ciepła czekolada na stacji benzynowej.

Na dodatek łapię gumę. Od dwóch lat jeżdżę na modelu opon, który nigdy jeszcze nie zawiódł. Musiał akurat teraz? Na miękkim kole dojeżdżam do stacji benzynowej. W środku nocy dwóch młodych ludzi pomaga mi z wymianą dętki. Na sześć rąk praca idzie bardzo sprawnie, ale i tak ucieka pół godziny. W dodatku kompresor na stacji nie działa. Chłopaki mówią, że za kilka kilometrów jest inna stacja, gdzie na pewno napompuję. Kiedy tam dojeżdżam, nie mogę znaleźć swojej przejściówki z presty na wentyl samochodowy. Musiałem ją upuścić gdzieś po drodze. Trudno, pompuję ile się da małą pompką ręczna i jadę dalej.

Przy kolejnym kryzysie zjeżdżam po coś słodkiego na stację benzynową i spotykam Tomka, który kończy walkę z oponami (zmieniał je kilka razy, bo nie chciały się ułożyć). Przez jakiś czas będziemy jechać razem.
Podjeżdża do nas radiowóz: „To co, jedziecie sobie panowie tak przez całą Polskę? Wiemy, wiemy, dostaliśmy radiotelegram, że jedzie taki wyścig.”

Nowa Dęba 800 km, pon 02:52 (od startu: 41:42)

Kiedy dojeżdżamy z Tomkiem do Nowej Dęby już przy furtce do szkoły pytają nas, czy nie trzeba czegoś zrobić z rowerem. Widzę, że mają tu mechanika, więc proszę, żeby mi dobił koła do 10 atm. Trochę się dziwi (nigdy nie widział szosówki?), ale po chwili mam porządnie napompowane koło.

Miałem nadzieję, że po jedzeniu uda mi się trochę odżyć. Ale dalej co chwila pojawiają się kryzysy. Proszę Tomka, żeby jechał dalej sam, nie chcę go opóźniać. A jest jeszcze gorzej niż na poprzednim odcinku. Zaczynam żałować, że nie zatrzymałem się w Iłży. Może gdybym się przespał, to potem szłoby lepiej? Ale pamiętam, że nie byłem śpiący. Mogło się skończyć na przewracaniu się na łóżku i marnowaniu czasu na próbach zaśnięcia. A może za mało jem? Może powinienem więcej pić? Na takich rozważaniach mijają wolne kilometry. Trzeba jakoś dotrwać do świtu, może wtedy coś drgnie. Przez Rzeszów przebijam się w porannym szczycie i na punkt dojeżdżam kiedy słońce już dobrze przygrzewa.

Rzeszów 860 km, pon 06:30 (od startu: 45:20)

Świetny punkt. Masa różnego jedzenia do wyboru. Są także owoce, który zjadam bardzo dużo. Już mi trochę ich brakowało. Zjadam szybki żurek, trochę słodyczy i ruszam.

Może to dlatego, że wyszło słońce, może to efekt owoców, ale jedzie się super. Nocne zmęczenie zupełnie zniknęło. Czuję się jakbym dopiero ruszył. Fakt, siedzenie mocno obtarte i coraz trudniej znaleźć dobrą pozycję na siodełku, ale nogi jak nowe. Wpadam w doskonały nastrój, gnam jak nowo narodzony. Podkarpacie nie jest płaskie i prędkość na liczniku nie jest wysoka, ale do końca zostało tylko 150 km i czuję już metę - to też dodaje skrzydeł.

Brzozów 904 km, pon 09:36 (od startu: 48:26)

Od drzwi rzucam: „Krążą jakieś niestworzone historie o tym, jakie to doskonałe jedzenie jest w Brzozowie.” Panie z Koła Gospodyń Wiejskich są w siódmym niebie: „Pan weźmie sobie babę z Podkarpacia, zobaczy pan jak dobrze gotujemy.” Grzecznie tłumaczę, że mam świetną żonę i uciekam, bo na stole lądują kolejne talerze, a nie chcę jechać za bardzo napchany.

Po drodze zaczynam liczyć czas i dystans. I wychodzi mi, że jest szansa na zmieszczenie się w 54 godzinach. Zaczynam gnać jak głupi. Nogi palą, ale wizja „ładnego” okrągłego wyniku wystarczająco motywuje.

Pęka druga szprycha. Co z tym kołem?? To mnie na chwile dekoncentruje. Szybko jednak dochodzę do wniosku, że teraz to już dotoczę się, choćby nie wiem co. Do limitu maratonu (70 godzin) mam bardzo dużo czasu. Choćbym miał iść, to zdążę.

Ustrzyki Dolne 955 km, pon 12:42 (od startu: 51:27)

Ostatni punkt kontrolny. Gdyby nie rozsądek, to pognałbym od razu po zdobyciu pieczątki. Zjadam jednak trochę, bo wiem, że ostatnia pięćdziesiątka będzie bardzo ciężka. Za Ustrzykami Dolnymi żarty się kończą :-)

Za punktem od razu stromo do góry. Najpierw podjazd do Czarnej. Gdzieś tu wyprzedza mnie jakiś zawodnik. Robi to tak szybko, że w ogóle nie reaguję. Tak właśnie powinno się wyprzedzać. Żeby konkurent nie miał wątpliwości, kto jest silniejszy. A ja przecież jadę na maksa, goniąc uciekające 54 godziny!

W połowie drogi między Ustrzykami zjadam kanapkę, którą dostałem jeszcze od żony. Jechała jako żelazna rezerwa, gdyby zabrakło między punktami. Teraz przyszedł na nią czas. Smakuje jak nigdy.

Z Czarnej zjeżdżam do Lutowisk. Szkoda tracić tak ciężko wypracowaną wysokość. Wreszcie ostatni podjazd do Ustrzyk Górnych. Spodziewałem się, że będzie bardzo stromo. Tymczasem podjazdy są po prostu bardzo długie. Trzeba się napracować, ale nie mam z tym większych problemów. Opłaciło się zmienić w tym roku korbę na kompaktową i kasetę na nieco większy zakres przełożeń.

Kilka kilometrów przed metą nie ma zasięgu komórkowego. Mój lokalizator zastyga w tym miejscu i już się nie budzi. Mi urządzenie nic nie wyświetla (wysyła tylko sygnał na serwer), więc dopiero później się dowiem, że w domu i wśród znajomych wybucha lekka panika, że coś mi się stało tuż przed metą. Nic się nie stało, ale na monitoringu tkwię tam do dziś :-)

Ustrzyki Górne 1008 km, pon 15:09 (od startu: 53:59)

Koniec. Dzwon, gratulacje na mecie. I duża satysfakcja. Nie kładłem się spać, więc czuję się jakbym rano wyjechał znad morza, a po południu dojechał w Bieszczady.

Po raz ostatni podbijam książeczkę maratonu. 54 godziny bez jednej minuty. Siadam, żeby napisać SMSa do żony. W trakcie pisania … dwa razy zasypiam. Powoli opadają emocje i górę bierze zmęczenie. Z trudem dochodzę do pokoju. Kładę się o 17, nastawiając trzy budziki na 20, żeby spotkać się w gronie podrozerowerowe.info. Budzę się … o 6 rano.

W Ustrzykach spędzam dwa dni. Dwa dni, w czasie, których niemal non stop leje. Ostatni raz byłem tu 25 lat temu, kapkę się namęczyłem, żeby teraz przyjechać, a w nagrodę taka pogoda… Dobrze, przynajmniej nie zabrakło czasu na rozmowy z koleżankami i kolegami ultramaratończykami.

Idę do sklepu spożywczego. Pytam panią, czy dużo ma dziś klientów, którzy powoli kroczą kaczym chodem. Pani potwierdza i dodaje, że wszyscy oni płacą mokrymi pieniędzmi. No tak, deszczu nam na trasie nie zabrakło.

Trochę wniosków

Trzeba popracować nad postojami. Nie wziąłem zegarka, bo sądziłem, że wystarczy ten w liczniku na kierownicy. Na punktach siedziałem „tylko 10 minut”, a po powrocie do roweru okazywało się, że było tych minut 20. Gdybym miał zegarek na ręce, łatwiej byłoby kontrolować czas.

Na mecie byłem oczywiście niewyspany, ale nie tragicznie zmęczony. To chyba znaczy, że jechałem trochę zbyt asekurancko. Planowałem jechać na początku nie za szybko, żeby się nie zajechać. Marzyło mi się – jeśli będzie siła – pod koniec próbować przyspieszać. Plan przyspieszania zawalił się po Iłży, ale kryzys udało się przetrwać i z końcówki jestem bardzo zadowolony. Następnym razem od początku trzeba pojechać szybciej :-)

Minęły dwa tygodnie. Nogi, popalone na ostatniej setce, już „zapomniały”. Siedzenie, które najbardziej ucierpiało, także. Ciągle drętwieją mi palce lewej dłoni (bardziej doświadczeni koledzy mówią, że to może przejść nawet po kilku miesiącach). Poza tym udało mi się uniknąć innych kontuzji. Mimo obaw, zupełnie nie bolał mnie kark. Zaprocentowało kilka miesięcy kombinowania z ustawieniem roweru.

Sporo zmieniło się z głowie. Pokonanie takiego dystansu daje straszną pewność siebie. Skoro to mi się udało, to co może mnie zatrzymać?

I jeszcze jedno. Zawsze uważałem, że ludzie jeżdżący takie dystanse muszą być lekko stuknięci. I tu nic się nie zmieniło :-)

Marek Miłoszewski

 


Subskrybuj

Subskrybuje zawartość