Zakończenie sezonu - Lubniewice


W dniach 25/27.09.2009 w Lubniewicach, zakończenie sezonu rowerowego stało się oficjalnie faktem. Zwykle, zakończenie czegokolwiek kojarzy się ze smutkiem i żalem nad tym, co przeminęło bezpowrotnie. Ale nie w tym przypadku. Jeżeli ktoś nawet sądził, że będzie nam towarzyszył minorowy nastrój, srodze się zawiódł. Przepiękna pogoda skutecznie rozwiewała, ewentualne szaro-czarne myśli blokując ich wykiełkowanie.

No dobrze, myślę, że ta odrobina poezji, nikogo nie zniechęciła do dalszego czytania relacji.

Lubniewice oraz okoliczne miejscowości, położone są nad przepięknymi jeziorami otoczonymi lasami, podobno bardzo grzybnymi, co, dane nam było zobaczyć z bliska. Co do grzybów, to ujrzeliśmy kilkanaście sztuk u tych z nas, najbardziej spostrzegawczych. Mirek T. wraz z młodzieżą, Mają, Marcinem i Mateuszem, wykazali się w tej materii sokolim wzrokiem.


 

Pierwszy dzień spędziliśmy na zwiedzaniu Międzyrzeckiego Systemu Umocnionego. I pomimo obecności przewodnika, jak również „organoleptycznego” doświadczenia obecności w podziemiach na głębokości 30  i 50 m, nie powaliło nas na kolana to miejsce.



Owszem, jest kilka dziur w ziemi, ale ich stan pozostawia wiele do życzenia. Dla naszej młodzieży większe wrażenie zrobił stojący sprzęt wojskowy, w postaci: działa, czołgu i bojowego wozu piechoty.



Po zjedzeniu obiadu powróciliśmy do bazy w Lubniewicach. Gril     z kolacją dopełnił pierwszego dnia, w którym przejechaliśmy łącznie 72 km.



 

W niedzielę po śniadaniu ruszyliśmy do Sulęcina. Trasa wiodła pośród jezior, lasów i stadnin koni, których „aromat” niósł się kilka kilometrów za i przed nami. Samo miasteczko nie jest perłą architektury i choć poza kościołem  i rynkiem nie za bardzo było co oglądać, to iście lipcowa pogoda ( 28 º C) oraz niezła kawa, ciastka i lody, skutecznie rekompensowały nam wszelkie braki tego miejsca. Obiad zjedliśmy w miejscowej restauracji, a ponieważ przed niecałą godziną opychaliśmy się ciastkami w cukierni, z konsumpcją obiadu mieliśmy niewielki kłopot. I choć w końcu udało nam się wyjść z tej „nierównej konsumpcyjnej wojny” zwycięsko i pokonać kotlet z ziemniakami, to przez dobre pół godziny ruszaliśmy się z trudnością. Po powrocie do bazy, tym razem, na licznikach mieliśmy zaledwie 36 km.


 

I właśnie w ten sposób zakończyliśmy wizytę w województwie lubuskim, pakowanie zajęło nam niecałą godzinę i... w drogę do domu.

DO ZOBACZENIA NA ROZPOCZĘCIU SEZONU ROWEROWEGO W 2010 R.


(relację opracował: Mirek Wiślicki)


Subskrybuj

Subskrybuje zawartość