Rozpoczęcie sezonu rowerowego 2010, pod hasłem ...

 "Skok za miedzę, czyli co u Niemca słychać"

    Zainspirowany namowami Krzyśka (i naciskami ze strony Prezesa... ;-) postanowiłem tegoroczne otwarcie sezonu zorganizować na niemieckiej części wyspy Uznam.

    W chłodny, sobotni poranek spotkaliśmy się na szczecińskim dworcu głównym. Niekorzystne prognozy pogody oraz inne obiektywne przyczyny spowodowały, że liczba uczestników naszego wyjazdu spadła do 11. Kupiliśmy bilety (na rowery w promocyjnej cenie 1 zł ;-) i po chwili podstawiono nasz pociąg. Zajęliśmy cały „przedział dla podróżnych z większym bagażem ręcznym” i w niecałe 2 godziny osiągnęliśmy naszą stację docelową - Świnoujście. Jeszcze tylko przeprawa promem i znaleźliśmy się na wyspie Uznam. Tam spotkaliśmy się z Małgosią, Markiem, Mateuszem i Marcinem, którzy do Świnoujścia dotarli samochodem. Po sformowaniu  „zwartego rządku” ruszyliśmy; po kilkunastu minutach dotarliśmy do przejścia granicznego, a kilkaset metrów dalej odbiliśmy w las - zaczęła się trasa rowerowa wzdłuż bałtyckiego brzegu wyspy Uznam (fragment europejskiego szlaku rowerowego E9). Po chwili pedałowania wyłonił się przed nami Ahlbeck - pierwsza z miejscowości w niemieckiej części wyspy.
Kolejna miejscowość na trasie naszej wyprawy to cesarskie kąpielisko - Heringsdorf. Zachwyciła nas uroda nadmorskich rezydencji - większość z nich to XIX-wieczne budynki, zaś nowe zostały wkomponowane w klimat i styl tego miejsca. Godne uwagi jest też molo, na którego końcu znajduje się duża restauracja z przepięknymi widokami na morze i Herringsdorf.
 

    W Bansin wszyscy jadący z przeciwka rowerzyści machali do nas, zastanawialiśmy się chwilę skąd taka nagła wylewność wśród Niemców. Po chwili wszystko się wyjaśniło - ignorując wcześniejsze oznakowanie szlaku rowerowego i chcąc jechać wzdłuż brzegu morza wjechaliśmy w rowerową ślepą uliczkę. Wróciliśmy i skręciliśmy zgodnie z oznakowaniem szlaku w uliczkę, która po chwili zaczęła piąć się dość stromo w górę (to jeden z bardzo niewielu podjazdów, które spotkaliśmy na swej drodze).

    W Zinnowitz zatrzymaliśmy się na mały obiad, wzmacniając się specjałami niemieckiej kuchni: currywursty i bratwursty smakowały wyśmienicie. Tu zapadła decyzja o rozdzieleniu się - męska cześć uczestników postanowiła pojechać do Peenemunde zwiedzić tamtejsze muzeum broni rakietowej oraz zacumowany tam okręt podwodny, żeńska wybrała kawę w Zinnowitz. Jedną z atrakcji tej miejscowości jest usytuowana na końcu mola gondola, którą można zanurzyć się w wody Bałtyku. Przez chwilę możemy się poczuć jak pasażerowie Nautiliusa.
Ponownie spotkaliśmy się wszyscy w miejscu naszego noclegu w Trassenheide. Była kolacja z grilem i czas na wieczorne rozmowy. Późnym wieczorem pożegnaliśmy się z Markiem i jego rodziną, którzy wrócili do Szczecina. Umówiliśmy się na spotkanie na kolejnym naszym noclegu.

 

    Drugi dzień powitał nas słońcem i błękitnym niebem. Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy sakwy i po długim i naprawdę serdecznym pożegnaniu z gospodarzami ruszyliśmy na trasę. Drogą wśród żółto kwitnących pól rzepaku dotarliśmy do Wolgastu, gdzie przez jeden z dwóch mostów łączących Uznam ze stałym lądem zjechaliśmy z wyspy. Kilka zdjęć, wizyta w portowej części miasta i ruszyliśmy dalej. Udało nam się zgubić szlak i przez pewien czas jechaliśmy "na czuja" wspomagani informacjami napotkanych tubylców. W Hohendorf wjechaliśmy na szlak rowerowy wokół Wyspy Uznam (Usedom Rundweg). Drogi z betonowych płyt, a potem asfalt zawiodły nas do Pinnow, gdzie pożegnaliśmy się z Mirkiem, który postanowił pojechać do Szczecina, by wieczorem wrócić do nas z Romą i Majką. Przed Anklam dochaliśmy do skrzyżowania dróg Anklam – Usedom (nr 110) i Anklam - Wolgast (nr 111), gdzie w osłupienie wprowadził nas jeden z elementów tamtejszej infrastruktury rowerowej – tunele tylko dla rowerzystów!
W Anklam urządziliśmy mały popas – nasze zgłodniałe brzuszki wypleniły kebaby, tureckie pizze, jabłeczniki, kawki, herbatki i kakao. Po opuszczeniu miasta nasza trasa prowadziła szlakiem rowerowym wokół Zalewu Szczecińskiego (Stettiner Haaf Rundweg). Droga wiła się malowniczo pośród łąk między brzegiem zalewu a licznymi kanałami i rozlewiskami. Sceneria zmieniła się w okolicy Bugewitz, skąd szlak wiódł w bezpośrednim sąsiedztwie asfaltowej drogi aż do naszego kolejnego noclegu – miejscowości Grambin. Tu czekał już na nas Marek z rodziną (i grilem… ;-). Rozłożyliśmy się w domkach (zwanych tam bungalowami), odświeżyliśmy się, zjedliśmy kolację, na której końcówkę dojechał Mirek z Romą i Majką. Pogawędziliśmy trochę i nadszedł czas by wypocząć po męczącym dniu.

 

    Kolejny ranek powitał nas deszczem. Mając wciąż nadzieję na rozpogodzenie zjedliśmy powoli śniadanie, powoli spakowaliśmy się, lecz niestety – padać nie przestało… Zapadła decyzja, że Gosia z Olą wracają z Mirkiem, Romą i Mają samochodem, a pozostała czwórka jedzie na rowerach. Deszcz, może niezbyt ulewny, ale jednak uciążliwy, towarzyszył nam przez prawie całą drogę. Stawaliśmy tylko kilka razy na krótkie odpoczynki (i sprawdzenie, co jeszcze w sakwach zostało do zjedzenia…). Popołudniem dopedałowaliśmy do naszych domów. Zmoknięci i ubłoceni, ale zadowoleni i szczęśliwi.

Galeria

P.S.
Gdyby ktoś chciał ruszyć naszym śladem podaję informacje na temat noclegów:
•    W Trassenheide spaliśmy u p. Lisy Becker, Banhofstr. 71, 17449 Trassenheide/Usedom, tel. +49 38 37 12 09 73 (niestety kontakt tylko w języku niemieckim). Cena noclegu: 15-17 €/os.
•    W Grambinie nocowaliśmy w Haff-Hotel Grambin, Dorfstrasse 67a, 17375 Grambin, tel. +49 39 77 42 96 46, tel./fax tel. +49 39 77 42 03 92, email: haff-hotel-grambin@web.de, www.haff-hotel-grambin.de. Cena noclegu: 33 €/bungalow (4 os.)

 

Bodek Macal
 


Subskrybuj

Subskrybuje zawartość