I Pielgrzymka Rowerowa do Rzymu 2010

Nabór uczestników zakończony. Trasa opracowana. Wyruszamy 27 maja.

W tym miejscu postaram się zamieścić codzienną relację z trasy pielgrzymki. Trzymajcie za nas kciuki!

Bodek Macal
 

Dzień 0 (26.05.2010  - środa)

Jeszcze nie jedziemy, ale już prawie… Rowery zapakowane na przyczepę, bagaże zmagazynowane u Krzyśka w pokoju. U niektórych pojawiają się już pierwsze objawy reisefieber. A może to tylko oznaki niecierpliwości przed podróżą w nieznane...?

Dzień 1 (27.05.2010 - czwartek)

Ostatni dzień pracy, pierwszy dzień wyprawy. Ostatnie sprawdzanie czy nikt niczego nie zapomniał i odliczamy czas do 15-tej. Wtedy zjawia się nasz kierowca Darek i pakujemy busa. O godzinie 17-tej ruszamy – przekraczamy granicę w Kołbaskowie i mkniemy ku granicy z Austrią.
 

Dzień 2 (28.05.2010 - piątek)

Po północy przekraczamy granicę niemiecko-austriacką. Poranek witamy już we włoskich Alpach. Po kilku godzinach jazdy docieramy do Paggia Renatico. Tam montujemy nasze rowery, ubieramy kolarskie stroje i w końcu ruszamy w kierunku Bolonii.

Po drodze mijamy malownicze wioski z ich kuszącymi przydrożnymi kawiarniami. Podczas jednego z postojów łapiemy (konkretnie to łapie Krzysiek…) naszą pierwszą gumę. Sprawna pomoc kolegów, szybka wymiana uszkodzonej dętki i ruszamy dalej. Po kilkunastu kilometrach dojeżdżamy do Bolonii, gdzie zamierzamy obejrzeć jej średniowieczne centrum. Przebijamy się wśród autobusów komunikacji miejskiej, samochodów i co we Włoszech charakterystyczne – skuterów. Oglądamy centrum miasta, przeciskając się coraz węższymi uliczkami.
 

Za możliwość obejrzenia Bolonii płacimy wydłużeniem nieco drogi do zaplanowanego noclegu. Jak się okazuje nie tylko tym… Tuż za miastem okazuje się, że nasza droga zaczyna piąć się do góry (niektórych fakt ten napawa niezrozumiałą radością). Wspinamy się coraz wyżej na góry otaczające Bolonię, widoki zapierają swą urodą dech w piersiach (chociaż nachylenie i długość podjazdów czynią to znacznie skuteczniej…). Jako nagrodę za trudy podjazdów podziwiamy przepiękne krajobrazy regionu Emilia Romagna. Do naszego kampingu docieramy tuż przed zapowiadaną wcześniej burzą. Burza jest tak intensywna, że zamiast rozbijać namioty postanawiamy zamieszkać w bungalowach. W recepcji okazuje się, że w pobliskim hotelu będzie taniej i wygodniej. I tak pierwszą noc na włoskiej ziemi spędzamy w hotelu. A co?!

sms od Mirka Turkiewicza: Wczoraj trasa 60 km podjazdy 16% wieczorem burza nocleg w hotelu. Dzisiaj jedziemy do Florecji 70 km.

 

Dzień 3 (29.05.2010 - sobota)

Dzień wita nas słońcem i zachęca do wskoczenia na rower. Ruszamy. Naszym celem jest stolica Toskanii - Florencja. 

 

Nasza droga początkowo biegnie wzdłuż autostrady z Bolonii do Florencji. Jedziemy przez wioski i miasteczka chłonąc włoskie „klimaty”.

 

Po pewnym czasie nasza trasa odbija w kierunku San Rocco. I niestety zaczyna się piąć w górę i to bardzo stromo. Nachylenie dochodzące do dwudziestu kilku procent oraz temperatura w okolicy trzydziestu stopni każą zsiąść z rowerów i rozpocząć mozolną wspinaczkę.

Nagrodą za te trudy są piękne krajobrazy regionu Emilia Romagna oraz wspaniały, długi zjazd, na którym nasze rowery rozpędzają się do prędkości ponad 60 km/h.

 
 
Uciekając przed goniącą nas burzą wjeżdżamy do Toskanii. Po obiedzie zjedzonym w jednej z przydrożnych restauracyjek kontynuujemy naszą wspinaczkę ku przełęczy Futa. Zjazdu z niej nie można porównać z niczym innym. Mkniemy przez całe kilometry zjazdów, zakrętów i serpentyn. Ręce drętwieją od ściskania kierownicy i manetek hamulców.


 
Późnym popołudniem osiągamy metę etapu - Florencję. Z naszego kampingu rozpościera się widok na panoramę miasta.

 
 
Wieczorem ruszamy na zwiedzanie miasta. Przechodzimy przez Most Złotników, oglądamy katedrę i baptysterium, spacerujemy przez uliczki i place miasta. Wcinamy makaron i pijemy wino. Zmęczeni zasypiamy natychmiast po powrocie do naszych namiotów.

Dzień 4 (30.05.2010 – niedziela)

Dziś jedziemy do Sieny. Wspinamy się w pocie czoła na kolejne toskańskie wzgórza. Podziwiamy widoki rezydencji ukrytych wśród winnic lub oliwnych gajów. Te cieszące oczy pejzaże oraz zjazdy w dół są nagrodą za pot, ból mięśni i walkę z własną słabością.

Jedną z tradycji (nowych, świeckich ;-) są nasze „siesty” czyli przerwy na kawę. Staramy się znaleźć codziennie jakieś urokliwe miejsce, w którym możemy zregenerować nasze siły. Musimy to zrobić do 13-tej, bo potem Włosi celebrują swoją narodową świętość – SIESTĘ.


 
Wczesnym popołudniem docieramy do Sieny i meldujemy się na naszym kempingu. Rozbijamy namioty, ogarniamy się „co nie co” i korzystamy z basenu.

 

Później ruszamy na zwiedzanie Sieny. Największym wyzwaniem jest znalezienie parkingu dla naszego busa. Nasz obiad to oczywiście włoskie specjały – spaghetti, gnochci i wina dzban.
Pokrzepieni zagłębiamy się w uliczki starego miasta. Przebijamy się przez tłumy ludzi idących w przeciwnym kierunku. Oczywiście dziwi nas, że wszyscy idą w przeciwnym kierunku, ale nie zniechęca do chodzenia własnymi ścieżkami. Chwilę później wyjaśnia się, dlaczego szliśmy „pod prąd” – naszych uszu dobiega głos werbli, a z jednej z ulic wyłania się barwna procesja. Wszyscy w tych samych barwach Sienny niosący różnobarwne flagi (później dowiedzieliśmy się, że były to flagi poszczególnych dzielnic). Wszyscy mijani wcześniej ludzie szli prawdopodobnie na plac, na którym ten pochód kończył swój bieg.

 

Idziemy dalej – przez jedną z dość niepozornie wyglądających bram wchodzimy na jedno z najpiękniejszych miejsc Sienny – rynek. Pamiętacie ostatniego Bonda (Quantum Solance) – 007 w pogoni za złym człowiekiem (innych Bond nie gania) wpada w sam środek gonitwy koni. Te konne wyścigi po rynku w Sienie to jedna z jej wizytówek. Kręcimy się chwilę po rynku, wypijamy kawę podziwiając urodę tego miejsca. Stromymi uliczkami dochodzimy do katedry. Niestety zapadający zmierzch nie pozwala nam w pełni nacieszyć oczu wszystkimi jej detalami. Wracamy jeszcze na chwilę na rynek by pożegnać się z miastem, które urzekło nas swoją urodą.*

* - Prawdę powiedziawszy – większość włoskich miast może urzec swoim pięknem.

 Dzień 5 (31.05.2010 - poniedziałek)

Przed nami kolejny dzień smakowania Toskanii. Tutaj szczególnie mocno możemy doświadczyć tego, że Włochy pachną. Jadąc towarzyszą nam przeróżne zapachy, W większości nierozpoznawalne. Niektóre z nich jesteśmy w stanie „przypiąć” do pewnych roślin czy kwiatów, inne nie. Ale pachnie cudownie i wspaniale się tymi zapachami oddycha.

Jedną z atrakcji, która „stanęła” nam dziś na drodze jest zamek Morro. Wspinamy się mozolnie na jedno z toskańskich wzgórz, na którym dumnie wznoszą się ruiny zamku.

Zamek powstał w średniowieczu jako jedna z twierdz mających utrwalać władzę papieską na tych ziemiach.

Bardzo wiele z napotykanych po drodze miejscowości jest tak urodziwych, że nie możemy nie poświęcić im choćby króciutkiej sesji zdjęciowej.

Bardzo cenimy sobie też spotkania i rozmowy z innymi turystami. Jest to chyba jedna z tych rzeczy, które nadają podróżom jakiś głębszy sens, bo przecież piękne widoczki to moglibyśmy sobie na zdjęciach pooglądać…

Na jednym z postojów spotykamy najpierw przepiękną Hondę GoldWing, a potem jej właścicieli – sympatyczne małżeństwo Austriaków, podróżujących wraz z przyjaciółmi motocyklami po Toskanii. Pomimo napisu na baku „Jeśli kochasz swoje życie tak bardzo jak ja swojego GoldWinga, trzymaj swoje paluchy przy sobie”, robimy sobie z ich motocyklem zdjęcia, a Mariuszowi pozwalają nawet ją dosiąść.

Przed miejscowością Bolsena (tak też nazywa się jezioro, którego brzegiem jechaliśmy) zwiedzamy cmentarz żołnierzy alianckich poległych w czasie II wojny światowej. Na jednym z niewysokich pagórków górującym nad brzegiem jeziora pochowanych jest 600 żołnierzy poległych tu w czasie toczonych podczas wojny walk. Nagrobki z białego marmuru, kwiaty przed każdym z grobów, starannie wypielęgnowana trawa i kilka drzew dopełniających urodę tego cichego zakątka wywarły na nas duże wrażenie.

Wieczorem po rozbiciu namiotów i spłukaniu z siebie pyłu dróg, udaliśmy się na kolację. Idąc mogliśmy podziwiać taki oto widoczek:

Poza kulinarnymi aspektami tego wydarzenia mogliśmy przez okna kawiarni podziwiać zachód słońca nad jeziorem Bolzano.
 

 

Dzień 6 (1.06.2010 - wtorek)

Poranek nad jeziorem Bolzano wita nas słońcem. Pamiątkowe zdjęcie z panoramą jeziora…

i ruszamy dalej.

Jadąc wzdłuż brzegu docieramy do malowniczej miejscowości Marta. Tam żegnamy jezioro i asfaltową drogą mkniemy w kierunku Rzymu.

Jesteśmy już w regionie Lazio, ale przez sympatię dla niedawno pożegnanej Toskanii naszą siestę urządzamy w miasteczku Tuskania.

Po krótkiej przerwie na regenerację sił i nawodnienie organizmu ruszamy dalej. W otaczającym krajobrazie widać wyraźną zmianę – zniknęły winnice i gaje oliwne Toskanii, ich miejsce zajęły pola uprawne i pastwiska regionu Lazio.

Aby nie jechać ruchliwą drogą wśród sznuru samochodów postanawiamy odbić od głównej drogi wiodącej w kierunku Rzymu.

Kończy się to tym, że skręcamy trochę za wcześnie i po 14 kilometrach nasza droga kończy się płotem z drutu kolczastego i bramą zamkniętą na kłódkę. Musimy zawrócić i poszukać innej drogi, w zamian dostajemy kolejną porcję włoskich krajobrazów do podziwiania.


 

 

Dzień 7 (2.06.2010 - środa)

Dziś zwiedzamy Watykan. Po śniadaniu wskakujemy do metra i po przejechaniu 5 przystanków stoimy u bram Watykanu. Rozdzielamy się – część z nas chce wziąć udział w audiencji generalnej na Placu Świętego Piotra, część udaje się od razu do Muzeum Watykańskiego.

Bogactwa, piękna i przepychu Muzeum Watykańskiego nie sposób opisać. Zgromadzoną tam kolekcją dzieł sztuki można by obdzielić przynajmniej kilka muzeów.

W stan najwyższego zachwytu wprawia nas Stanze Rafaela, Galeria Map i oczywiście Kaplica Sykstyńska (żelazny punkt wszystkich watykańskich wycieczek). Sąd Ostateczny z wizją bezlitosnego Boga pędzla Michała Anioła wywiera na zwiedzających ogromne wrażenie.

W dniu dzisiejszym wypadało jakieś święto narodowe – armia włoska zafundowała z tej okazji ludowi Rzymu małe widowisko – samoloty wyrysowały na niebie dymem flagę Włoch.

Po zwiedzeniu muzeum udajemy się na Plac Świętego Piotra.

Stwierdziliśmy, że wciąż kolejki do bazyliki są wciąż za długie – udajemy się do Zamku św. Anioła – przechodzimy na drugą stronę Tybru mostem Wiktora Emanuela II, by po chwili, przechodząc mostem św. Anioła ponownie znaleźć się na zachodnim brzegu rzeki.

Zwiedzając zaczynamy rozumieć, dlaczego przez blisko tysiąc lat zamek pozostawał najpotężniejszą fortecą Rzymu.

W znajdującym się tu muzeum można oprócz kolekcji sprzętu militarnego podziwiać pięknie zdobione apartamenty i biblioteki papieskie, połączone ze sobą labiryntem przejść. Z murów twierdzy roztacza się wspaniała panorama Rzymu i Watykanu.

Wracamy na Plac Świętego Piotra. Stajemy w kolejce do wejścia i po kontrolach na wykrywaczu metali i cenzurze obyczajności naszych strojów wchodzimy do bazyliki. Postanawiamy rozpocząć zwiedzanie od odwiedzin grobu naszego papieża Jana Pawła II.
 

Wracamy do bazyliki; nasz spacer po jej wnętrzu zaczynamy od najsłynniejszej rzeźby zdobiącej jej wnętrze – Piety dłuta Michała Anioła.

Przez wieki Bazylika Świętego Piotra była największym kościołem na świecie (straciła ten tytuł niedawno na rzecz swojej własnej kopii wzniesionej na Wybrzeżu Kości Słoniowej). Jej ogrom miał zgodnie z zamysłami twórców ukazywać małość człowieka w obliczu Boga.

Kończymy spacer po wnętrzu świątyni. Teraz wspinamy się po ponad pięciuset stopniach schodów wiodących na szczyt kopuły bazyliki. Pierwszym z niesamowitych wrażeń jest wejście w pewnym momencie na wewnętrzną galerie znajdującą się wewnątrz zawieszonej nad głównym ołtarzem kopuły. Drugim jest oszałamiający widok na Watykan i Rzym roztaczający się z kopuły.

Obchodzimy kopułę dokoła podziwiając widoki miasta leżącego u naszych stóp. Kilka pamiątkowych fotografii i zaczynamy schodzić w dół. Na dachu bazyliki urządzamy mały postój by… napić się Coca Coli. Musicie uwierzyć – smakuje w tym miejscu naprawdę wyjątkowo.

Jeszcze tylko ostatnie zdjęcia za plecami widocznych z dołu, zdobiących dach posągów apostołów i opuszczamy bazylikę.

P.S. Naszą zawodową ciekawość wzbudza usytuowanie w pobliżu miejsca gdzie nocujemy słupów linii wysokiego napięcia. Słupy te posadowione są… dokładnie na środku osiedlowej, niezbyt szerokiej drogi.


 

 Dzień 8 (3.06.2010 - czwartek)

Zwiedzamy wieczne miasto – Rzym. Rozpoczynamy od kościoła Świętego Jana na Lateranie. Kościół wywiera ogromne wrażenie, imponujące są posągi 12 apostołów stojące we wnękach wzdłuż głównej nawy kościoła.

Zwiedzamy również przylegający do kościoła teren zakonu, gdzie w krużgankach wewnętrznego dziedzińca zgromadzono wiele rzeźb, elementów zdobień świątyni oraz sporą kolekcję płyt nagrobnych.

Następnie kierujemy swoje kroki w kierunku Koloseum. Po drodze wstępujemy do bardzo z zewnątrz niepozornie wyglądającej Bazyliki Świętego Klemensa. Wnętrze zachwyca surowością oraz widocznymi wpływami bizantyjskimi. Pod bazyliką znajdują się odsłonięte w wyniku badań archeologicznych wcześniejsze fragmenty kościoła.

Następnie udajemy się pod najlepiej zachowany do naszych czasów łuk triumfalny – Łuk Konstantyna.
 

W tym miejscu chciałbym podzielić się pewną refleksją na temat włoskiej, a szczególnie rzymskiej policji. Ci panowie (i panie) bez względu na reprezentowaną formację (karabinierzy, policja miejska, itp…) są w mieście widoczni, w wielu miejscach. Pomimo jednak ich obecności możemy na przykład przejść przed nimi przez jezdnię przy czerwonym świetle. I nic nam za to nie grozi, no chyba, że spowodowalibyśmy naszym przejściem wypadek albo inny kataklizm zmuszający mundurowych do reakcji. W pozostałych sytuacjach są biernymi obserwatorami. No poza sytuacjami, kiedy robimy zdjęcia w miejscach, w których jest to zabronione, siadamy na schodach pomnika ich narodowego bohatera lub muszą rozładować skrzyżowanie, by umożliwić przejazd karetce. Poza tymi sytuacjami – siła spokoju.

Kolejnym punktem naszego programu zwiedzania jest serce starożytnego Rzymu – Forum Romanum. Z uwagi na ogromną i bardzo wolno posuwającą się kolejkę do kas biletowych, rezygnujemy z przejścia Via Sacra (Świętą Drogą) i podziwiamy Forum Romanum ze Wzgórza Kapitolińskiego.

Tam też spotykamy się z legendarnymi założycielami wiecznego miasta – Romulusem i Remusem oraz karmiącą ich wilczycą.

Spod stojącego w centrum Kapitolu pomnika Marka Aureliusza schodzimy w dół, w kierunku Placu Weneckiego.

Tu zwiedzamy ogromny, monumentalny pomnik poświęcony Wiktorowi Emanuelowi, przez mieszkańców Rzymu nazywany „maszyną do pisania”.

Ze szczytu pomnika rozpościera się wspaniały widok, między innymi na Plac Wenecki.
 

Z uwagi na padający deszcz zwiedzamy dokładniej ogromny pomnik, w którego wnętrzu mieści się muzeum poświęcone włoskim bojownikom niepodległościowym.

Kolejną charakterystyczną dla Włoch rzeczą są wszechobecne skutery. Najwięcej oczywiście możemy zobaczyć ich w Rzymie, co nie powinno specjalnie dziwić – miasto jest zatłoczone, a skuterem prawie wszędzie można się wcisnąć i co najważniejsze zaparkować.

Wśród ogromnej różnorodności skuterów naszą największą sympatię wzbudzają legendarne Vespy.

Oczywiście są też w Rzymie rowery. Jest ich dużo, na ogół są to stare rowery w stylu tzw. „holendrów”.

Są też rowerzyści. Niektórzy tak szybcy, że  ciężko ich uchwycić w kadrze… ;-)

No i są też samochody. Najczęściej ze śladami parkowania w zatłoczonych uliczkach. Często widzimy tzw. Wypasione fury, a czasem udaje nam się dostrzec taką perełkę jak auto oczekujące na parę młodą.

A owa para młoda na miejsce zawarcia swojego małżeństwa wybrała Bazylikę Santa Maria degli Angeli e dei Martiri.
 

 

Uciekając przed deszczem docieramy do Placu Popolo (Piazza del Popolo).
 

Stamtąd po krótkim spacerze docieramy do słynnych Schodów Hiszpańskich. Nie robią one na nas wrażenia, które uzasadniałoby ich sławę.

Z Piazza di Spagna (Placu Hiszpańskiego) udajemy się do jednej z pereł Rzymu – fontanny Di Trevi. Pomimo niezbyt pięknej pogody i dość późnej pory fontanna olśniewa swym pięknem.
 

Przez Panteon docieramy do Piazza Navona, gdzie podziwiamy między innymi Fontannę Czterech Rzek oraz fontannę Neptuna.

Później wskakujemy w metro i wracamy do goszczącego nas w Rzymie Domu Pielgrzyma. Żegnamy się z siostrami prowadzącymi Dom i pakujemy się do naszego busa. Jedziemy nocą, by kolejny dzień powitać już we włoskich Alpach.
 

Dzień 9 (4.06.2010 - piątek)

Wczesnym rankiem docieramy nad leżące w Alpach jezioro Garda. Stajemy na chwilę w miasteczku Torbole, by odetchnąć górskim powietrzem i rozprostować nogi po całonocnej jeździe busem z Rzymu.

W miejscowości Malcesine rozpoczynamy poszukiwania kempingu, który wcześniej telefonicznie sobie zarezerwowaliśmy. Po krótkich perturbacjach (musimy się cofnąć o kilka kilometrów) docieramy na miejsce. Nasz kemping leży nad samym jeziorem, żeby zejść na niewielką plażę wystarczy przejść tunelem pod drogą. 

Jezioro jest imponujące – olbrzymi akwen, o krystalicznie czystej i przejrzystej wodzie, otoczony alpejskimi szczytami. Na niektórych z nich widać jeszcze leżący śnieg.
 

Rozdzielamy się – cześć postanawia objechać jezioro dokoła, inni z tęsknotą spoglądają na strome szczyty masywu Monte Baldo.

Po zakwaterowaniu się udajemy się na spacer. Idąc brzegiem jeziora i podziwiając odbijające się w tafli jeziora góry docieramy do miasteczka Malcesine (byliśmy tu już rano poszukując miejsca naszego noclegu…). Nad miasteczkiem góruje widoczny z daleka zamek.

Zagłębiamy się w wąskie uliczki, podziwiając urocze zakątki miasteczka.

Wspinamy się do zamku, z którego murów rozpościera się piękny widok na jezioro.

Buszujemy trochę po sklepach szukając upominków dla naszych najbliższych.

Oczywiście urządzamy sobie małą kawową siestę.

Wracając do kampingu podziwiamy grę promieni zachodzącego słońca.

Przed kolacją docierają ci, którzy objeżdżali jeziora (trasa wokół jeziora to ok. 130 km).`
 

Dzień 10 (5.06.2010 - sobota)

Postanawiamy powspinać się dziś rowerami na otaczające jezioro góry.

Z Malcesine rozpoczynamy trasą widokową wspinaczkę w kierunku masywu Monte Baldo. Mozolnie, w pocie czoła zdobywamy kolejne metry wysokości. Najlepiej widać jak wysoko się wdrapaliśmy, gdy spoglądamy w kierunku zamku w Malcesine. Staje się on coraz mniejszy, a całe miasteczko zaczyna wyglądać jak makieta zrobiona przez modelarza. Doskwiera upał i ból mięśni. Widoki rekompensują te, w sumie drobne, niewygody.

Po pokonaniu kolejnej serpentyny zatrzymujemy się w punkcie widokowym. Postanawiamy ulżyć sobie nieco i zjeść zalegającego w sakwie ogromnego arbuza. Smakuje wyśmienicie. Niestety całego nie dajemy rady zjeść – połowa ląduje z powrotem, jako balast w sakwie.

Swoją wspinaczkę kontynuujemy do momentu, aż na którymś z ostrzejszych podjazdów Mariuszowi udaje się zerwać łańcuch. Podejmujemy zakończoną porażką próbę naprawy.

Nie pozostaje nam nic innego jak odwrót i kolejny już podczas naszej wyprawy szaleńczy zjazd w dół.

Na szczęście na dole znajduje się sklep rowerowy, w którym rower Mariusza zostaje przywrócony do pełnej sprawności. Czas naprawy wykorzystujemy na wypicie kawy.

Jedziemy dalej wzdłuż brzegu Gardy docierając do malowniczo rozłożonej na niewielkim wbijającym się w jezioro półwyspie miejscowości Val di Sogno.

Możemy stąd obejrzeć zamek w Malcesine, będący doskonałym punktem orientacyjnym, z drugiej strony.

Zawracamy w kierunku kempingu. Dziś ostatni dzień naszej włoskiej przygody. Musimy się spakować i przygotować do wyjazdu. Wracając obserwujemy na jeziorze wyczyny żeglarzy, serferów oraz miłośników paraglidingu i kiteserfingu. Jest sobota i wyraźnie widać, że jezioro Garda jest bardzo lubianym, zwłaszcza przez Włochów, Niemców i Austriaków,  miejscem weekendowego wypoczynku.

Korzystamy jeszcze z uroków kąpieli w jeziorze, jemy pożegnalny obiad i wyruszamy w drogę powrotną. Ale obiecujemy sobie, że nie jest to nasza ostatnia wizyta nad Gardą.

Dzień 11 (6.06.2010 - niedziela)

Wróciliśmy! A jutro o 7:00 musimy zjawić się w pracy… :-(

Galeria zdjęć z wyprawy
 


Subskrybuj

Subskrybuje zawartość