Berlin na rowerze - relacja

11 czerwca 2011 wybraliśmy się na zwiedzanie Berlina. Rowerami.


 

Wczesnym rankiem, zwarta, piętnasto-osobo-rowerowa grupa zablokowała przedział dla rowerów w pociągu do Berlina. Prawie bez problemów (o tym poniżej) dotarliśmy do Kulturbrauerei, do siedziby Berlin on Bike. Okazało się, że na miejscu wszyscy są mocno podekscytowani naszą wizytą. Byliśmy pierwszą polską grupą w historii firmy.
 

Nasza przewodniczka, Truus, świetnie mówi po polsku. Studiowała rok we Wrocławiu i ten jeden rok wystarczył jej by opanować język w stopniu, który nas miło zaskoczył. Poprowadziła nas na czterogodzinną trasą po najważniejszych miejscach Berlina. Spokojnym tempem przejechaliśmy niemal 25 km. Jeździliśmy po szerokich alejach ścisłego centrum i po urokliwych bocznych uliczkach. Obejrzeliśmy miejsca, które odwiedzić musi każdy gość w Berlinie, ale wjechaliśmy także w kilka bram i podwórek, gdzie nie zaglądają wycieczki. Ze zdziwieniem oglądaliśmy kwartały wyglądające jak kopie naszych szczecińskich.

Zachwyciła nas infrastruktura rowerowa berlińskich ulic - wydzielone pasy i drogi dla rowerów, osobne sygnalizatory dla rowerzystów, śluzy na skrzyżowaniach. I nieco inne podejście kierowców do mijanego roweru. To wyjaśnia dlaczego zwiedzanie na rowerze jest tu tak popularne - mijaliśmy wiele grup takich jak nasza.

Truus nie tylko opowiadała nam o mieście jak przewodnik, w jej opowieści słychać było prawdziwy zachwyt i miłość do miasta, w którym mieszka. To wszystko sprawiło, że – także ci najmłodsi uczestnicy – słuchali jej z zapartym tchem. Już teraz wiemy, że za tą pierwszą pójdą kolejne wyprawy do Berlina. Oczywiście z rowerami.

Dodatkowych atrakcji dostarczyła nam kolej niemiecka. Zaczęło się niewinnie – bezpośredni pociąg ze Szczecina do Berlina, dojechał tylko do Bernau, gdzie musieliśmy przesiąść się na S-Bahn. Znacznie ciekawiej było w drodze powrotnej. Pociągu powrotnego … nie było. Znaczy – był na rozkładzie jazdy, ale nie było go na dworcu. Miły pan zawiadowca potrafił nam tylko potwierdzić, to co sami widzieliśmy – bezpośredniego pociągu do Szczecina nie ma i już. Wybraliśmy więc połączenie przez Angermünde. Dzięki przesiadkom, wolnym pociągom i czekaniu na kolejnych stacjach, powrót upłynął nam na wesołej integracji grupy i zapychaniu się paluszkami, żelkami i czekoladą. Może ktoś wie, czy odbywają się gdzieś zawody w szybkim w(y)siadaniu do(z) pociągu 15-sto osobowych drużyn z rowerami? Dzięki DB jesteśmy w tym naprawdę nieźli.
 

Marek Miłoszewski

Galeria (zdjęcia Bodka, Mirka i Rogera)


Subskrybuj

Subskrybuje zawartość